I tak sobie żyjemy

Skany oryginalnej publikacji („Zwierciadło”, marzec 2006). Kliknij, żeby powiększyć.

Skan, strona 1
Skan, strona 2
Skan, strona 3
Skan, strona 4
Skan, strona 5

Trzy kobiety. Trzy unikalne i powtarzalne zarazem historie: życie z partnerem nieumiejącym żyć bez alkoholu, narkotyków, hazardu. Powolna utrata uczucia, nadziei na zmianę, siły i szacunku do siebie. Narastanie strachu. I mimo wszystko trwanie w chorym związku

Podwórko studnia w starej kamienicy. Wysoko w górze widać kawałek szarego nieba. Na czwartym piętrze drzwi szeroko otwarte. Przedpokój obity pomarańczową tapetą, która pamięta jeszcze lata 70. Pachnie jarzynową. Salon niewielki, ale przytulny. Na balkonie mnóstwo kwiatów, foteliki, woda z cytryną. Andżelika ma prawie 60 lat, ale mnóstwo energii.

– Przeżyłam z alkoholikiem ponad 40 lat. Gdybym miała jeszcze raz wyjść za niego za mąż, tobym z kościoła uciekła.

Nie patrzy na mnie, obrywa suche listki z pelargonii.

Przedtem, wcześniej, zanim

– Miałam 17 lat, jak się w Zbyszku zakochałam. Spać z tej miłości nie mogłam ani jeść, ani oddychać. Wszystko bym dała, że to dobry człowiek. A zresztą może on i dobry…

Wzięli ślub, jak tylko skończyła 18 lat. Był trzy lata starszy, miał za sobą wojsko, szukał pracy. Znalazł ją na budowie, od teściów dostali mieszkanie. W ciągu następnych siedmiu lat urodziło im się troje dzieci: Piotr, Paweł i Florentyna. Gdy Andżelika opowiada o swoim małżeństwie, często mówi: „przedtem, wcześniej, zanim”, gdy Zbyszek pił wcale lub mało.

– Zawsze jak wracał z pracy, nosił mnie trzy razy dookoła stołu na rękach. Chciał pokazać, że tak się cieszy, że mnie ma – puszcza do mnie oko.

Wspomnienia

Rok po ślubie:

Po pracy nie wrócił do domu. Przyszedł jakiś pijany facet i powiedział, że Zbyszek siedzi na podwórku i płacze. Zeszłam po niego. Pijany tak, że ledwo siedział. Płakał, że nie chce wracać do domu, że mu się tam nie podoba. A poprzedniego dnia nosił mnie na rękach…

Ufałam mu i wierzyłam we wszystko, co mówił. A on twierdził, że nie pije. Tłumaczyłam sobie, że niedługo przestanie pić, musi przestać. „Prawdziwa miłość czasem musi boleć” – myślałam.

Osiem lat po ślubie:

„A ja cię trafię żelazkiem” – powiedział nagle. I rzucił, ale nie trafił. Chciał spróbować raz jeszcze, wybiegłam z dziećmi na klatkę, sąsiad go powstrzymał.

Nie umiałam sobie wyobrazić innego życia. Nie umiałam pracować, podjąć decyzji. Wycierałam z podłogi jego rzygi i nie wiedziałam, co robić dalej. Czasem czułam się, jakby w moim życiu wiał nieustanny huragan – zabierał rozsądek, uczucia, miłość. Mówiłam sobie: Głupia, dookoła wszyscy piją, a ty jedna nie umiesz sobie dać rady. Miałam nadzieję, że kiedyś przestanie mnie jego pijaństwo denerwować.

Dwanaście lat po ślubie:

Akurat wyszedł z ciągu. Ktoś zapytał mego ośmioletniego syna, z czego jest dumny. „Tata nie pije wódki – powiedział – bo jestem grzeczny”.

Chciałam wytłumaczyć dzieciom, że to nie nasza wina, że ojciec pije. I wtedy zauważyłam, że sama w to nie wierzę. Zobaczyłam, jak mało myślę o dzieciach. Wiele razy zostawiałam je w nocy w domu, bo musiałam go szukać po melinach. Kiedyś zostawiłam garnek na gazie, mało pożaru nie było.

Dwadzieścia lat po ślubie:

Jak starszy syn dorósł, to się z nim bił. Zresztą biliśmy się i przepychaliśmy wszyscy: dzieci i ja przeciw niemu. Nie chcieliśmy wpuszczać pijanego do domu, bo się awanturował. Zdecydowałam, że więcej nie zniosę bicia, awantur, zabierania pieniędzy. Umówiłam się z sąsiadką, że jak u niej coś się będzie działo złego, dzwonię na policję. Jak u mnie – ona. Zaczęłam nawet pracę w cukierni…

Trzydzieści lat po ślubie:

Miał atak serca. Wyszedł ze szpitala, upił się. Drugi atak, cudem przeżył. Doznał paraliżu prawej strony ciała.

Dlaczego?

– Nie umiałam bez niego żyć, ale to nie była miłość. Bałam się, co stanie się ze mną i dziećmi, jak odejdę. Kiedy byłam zakochana, łudziłam się, że dzieci go odmienią. Potem się przyzwyczaiłam. Pocieszałam się, że Bóg mi to wszystko wynagrodzi. Moich dzieci bardzo żałuję. Nie umiem im za to wszystko odpłacić, mam tylko nadzieję, że kiedyś mi wybaczą.

Dziedzictwo

Florentyna, córka Andżeliki, ma 36 lat, długie kruczoczarne włosy, proste, farbowane. Szeroki uśmiech po mamie. W uszach, nosie, wardze – osiem kolczyków, jeden w pępku. Skończyła pedagogikę specjalną, jest tłumaczem – zna biegle trzy języki. Ma syna i córkę, oboje w gimnazjum. Wychowuje ich sama. Dobrze jej się powodzi, ma własne mieszkanie, podróżuje. Cztery lata temu odeszła od męża uzależnionego od alkoholu, amfetaminy i hazardu.

– Dzieci alkoholików mają czasem taki feler, że nie potrafią rozpoznać, czy ktoś pije. Zanim się zorientowałam, że mój mąż pije, już miałam dwoje dzieci. A on się dopiero rozkręcał. Potem doszła amfetamina, a jak był w ciągu – hazard. Wyścigi, bingo, maszyny.

Florentyna pali jednego papierosa za drugim. Raz za razem wyciąga z torebki z wężowej skóry małą srebrną papierośnicę. – Sama się wykształciłam. Jestem perfekcjonistką. I tylko się nie udawało, żeby przestał pić, ćpać i grać. Gdyby nie to, świetny byłby z niego facet…

Wspomnienia

Dwa lata po ślubie:

Wyrzucili go z pracy. Dyrektor powiedział, że kilka razy był tak pijany, że nie mógł ustać na nogach. Został na zasiłku dla bezrobotnych. Ale ja byłam zakochana. Bez tej miłości czułam się jak na zwolnionym filmie. Wszystko szare, bez sensu. Jak wyrzucono go z pracy za pijaństwo – mówiłam sobie, że trafił na złych ludzi. Jak narobił długów – że noga mu się powinęła.

Sześć lat po ślubie:

Byliśmy na wczasach. W nocy zabrał pieniądze na pobyt i poszedł w miasto, żeby szukać dilera, bo był na głodzie. Wczasy skończyły się po czterech dniach.

Miałam poczucie winy i kompleksy. Mówił, że nikt by ze mną nie wytrzymał i że mam szczęście, że go spotkałam. Kłamał bez przerwy, jakby z przyzwyczajenia. Miałam wrażenie, że to takie zawody – domyślę się czy się nie domyślę.

Osiem lat po ślubie:

Chodził na terapię. Prawie pół roku był spokój. Nagle okazało się, że przegrał samochód, nasze oszczędności, narobił długów. W ciągu jednej nocy posiwiałam. Miałam 28 lat.

Nie zadawałam mu pytań, żeby nie kłamał. Bałam się porażki, poczucia straty. Zawsze wydawało mi się, że jeszcze chwilka, jeszcze trochę wytrwałości, cierpliwości, zrozumienia i pomogę mu, ocalę, udowodnię, że jestem warta miłości, szacunku.

Dwanaście lat po ślubie:

Jego ciągi trwały 2–3 tygodnie. Pił bez przerwy. Przestał się kontrolować, załatwiał się do łóżka. Okłamywałam rodzinę i przyjaciół. Mówiłam, że wszystko jest OK, że lubi sobie pohulać. Najbardziej oszukiwałam mamę. Pewnego dnia powiedziała: „Nie kłam, przecież mam oczy”. Rozpłakałam się.

Trzynaście lat po ślubie:

Mój 13-letni syn zaczął mówić o samobójstwie. Mówił, że życie nie ma sensu. „Uciekaj od niego, ja ci pomogę” – powiedziała moja mama.

Dlaczego?

Klnie pod nosem. – Byłam współuzależniona. Kiedyś miałam wielki żal do mamy, że nie odeszła od ojca. Mam go do dziś, ale coraz lepiej rozumiem, na czym polega współuzależnienie i jak trudno z nim walczyć. Po rozstaniu wpadłam w depresję, coraz częściej sięgałam po środki uspokajające, wpadłam w długi. Miało być lepiej, a było coraz gorzej. Dręczyło mnie poczucie winy, że zostawiłam męża, a przecież przysięgałam… Czułam się nikim. Po tylu latach życia jego problemami musiałam się zająć sobą. Poszłam na terapię. On jest chory. To jasne. Ale dziś wiem, że żadna choroba nie daje prawa do ranienia innych ludzi, do kłamstwa i agresji.

Mama bardzo mi pomogła. Wspierała, słuchała, dawała poczucie bezpieczeństwa. Ojciec też. Chociaż nie mamy bliskiego kontaktu, widziałam, że to wszystko bardzo przeżywał. Przeprosił całą swoją rodzinę przy stole wigilijnym, tuż po moim rozstaniu. Późno, ale jednak miało to jakieś symboliczne znaczenie.

Może moim dzieciom lepiej się ułoży. Były mąż rzadko się z nimi kontaktuje. Nadal pije, podobno ma narzeczoną. Wyjechał do innego miasta. Nie chcę go widzieć, ale gdybym mogła, napisałabym do niego taki list: „Przysięgałam tobie i sobie, że do końca życia cię nie opuszczę, że zawsze będę cię kochała. Może nawet jeszcze cię kocham i dlatego nie mogę pozwolić, by twoja choroba zniszczyła życie moje i naszych dzieci. Czasem wydaje mi się, że ty, ten sprzed lat, byłbyś wściekły, gdybym dalej potulnie siedziała i patrzyła na to, co robisz. Wyobrażam sobie, że powiedziałbyś: »Kochana, zostaw tego dziada, którym teraz jestem, dbaj o siebie i o nasze dzieci, moja piękna«. Dlatego odeszłam”.

A coś ty myślała?

Antonina ma 39 lat, wygląda dużo młodziej. Jest drobna, delikatna, ładna. Na nasze spotkanie na dworcu autobusowym przywiózł ją mąż, taksówkarz. Poczekał, aż się przywitamy, i odjechał. – Powiedziałam mu, że będę opowiadać o małżeństwie z hazardzistą – mówi Antonina, prowadząc mnie do kawiarni. Rozgląda się dookoła, uśmiecha jakby zawstydzona. Gdy siedzimy przy stoliku, tłumaczy: – Mój mąż jest bardzo zazdrosny. Oka ze mnie nie spuszcza, a ja mu nigdy nie kłamię. Zaraz może zajrzeć tu przez okno, bo tak już się zdarzało. Koleżanki się śmiały, że cały czas taki we mnie zakochany! – kuli się zawstydzona.

– Siedem lat temu powiedziałam teściowej, że Jurek nie przynosi do domu pieniędzy, bo wszystko przegrywa na automatach, i jeszcze robi długi. A teściowa na to: „Czy dzieci jedzą dużo białego sera, Tosiu? Biały ser jest bardzo zdrowy”. Próbowałam wytłumaczyć, że od kilku lat Jurek nie daje mi na życie ani grosza. Na to teściowa z wyrzutem: „A coś ty myślała, że on ci wszystkie pieniądze będzie oddawał?”. Ze swoją rodziną nie utrzymuję kontaktu. Z nikim więcej nie próbowałam o tym rozmawiać. Aż do teraz. Już mi wszystko jedno.

Odwraca głowę. W drzwiach kawiarni stoi jej mąż.

Wspomnienia

Pięć lat po ślubie:

Miał poważny wypadek, doznał stłuczenia mózgu. Od tamtej chwili gra, zrobił się bardziej mrukliwy, wolniej myśli. Rehabilitacja trwała dwa lata.

W tym czasie urodziłam drugie dziecko i opiekowałam się pierwszym: gdy synek miał pół roku, wykryto u niego nowotwór. Sama musiałam podjąć decyzję o operacji.

Osiem lat po ślubie:

Nie pracował, siedział w domu. Raz obiecał, że sprzątnie, ale gdy wróciłam z pracy, jego nie było. Gdy wrócił o północy, zrobiłam awanturę. Nie odezwał się ani słowem. Położył się spać. Wylałam mu na głowę wiadro lodowatej wody, żeby ze mną rozmawiał. Poszedł do kuchni i nożem do chleba przeciął sobie żyły i ścięgna. Skończyło się pogotowiem i operacją. Bałam się pytać, dlaczego tak się zachował. Bałam się prawdy. Przeprosił i więcej do tego nie wracaliśmy. Potem gdy na jaw wychodziły kolejne przegrane, robiłam awantury, kazałam mu się tłumaczyć. Próbowałam zrozumieć, dlaczego okrada żonę i dzieci, żeby zagrać na kolorowym automacie.

Dziesięć lat po ślubie:

Przed barem zobaczyłam jego taksówkę. Weszłam do środka. Jak zahipnotyzowany stał przed automatem. Podeszłam i mówię: „Zostań sobie tutaj, ale oddaj mi pieniądze, bo muszę mieć na życie”. Oddał banknoty. „Za dziesięć minut będę w domu” – wyszeptał. Wrócił rano.

Zdarzało się, że całą noc z nim rozmawiałam, błagałam albo straszyłam. Potem wpadłam w odrętwienie, depresję. Przestałam płakać, czuć, myśleć. Było mi wszystko jedno.

Dwanaście lat po ślubie:

Mieliśmy 40 tysięcy długów i zadłużone mieszkanie. Powiedział, że gra, bo ma za mało seksu. Robił awantury z byle powodu, żeby tylko mieć pretekst do wyjścia z domu. Powiedziałam, żeby znalazł sobie kochankę. A on, że nie chce.

Czasami nie byłam już pewna, co jest rzeczywistością, a co moją fantazją. Kto tu ma problem? Kto ciągle kłamie? Patrzyłam na obcych ludzi i myślałam, co by powiedzieli, gdyby wiedzieli, jak wygląda moje życie. Wstydziłam się nawet wtedy, gdy na mnie patrzyli.

Piętnaście lat po ślubie:

Koleżanka namówiła mnie na przejażdżkę nad morze. Zrobił mi scenę zazdrości. Chciał sprawdzić, czy jedziemy same, czy z jakimś mężczyzną. Nie pojechałam. Cały dzień chodziłam po mieście, żeby poczuć trochę wolności. Żeby pokazać jemu i sobie, że nie jestem więźniem. Zrozumiałam, że on się boi wszelkich zmian, nie chce, bym kontaktowała się z ludźmi, bo to idealny układ: on gra, ja dbam, żeby było co włożyć do garnka. Dlatego tak mnie pilnuje, a nie dlatego, że taki zakochany.

Dlaczego?

Jerzy podchodzi do naszego stolika. – Wydaje mi się, że ta rozmowa trwa już za długo – mówi. Niewysoki, obcięty na jeża, błękitne oczy wpatrzone w żonę. – Czemu tu przyszedłeś? Powiedz – Antonina mówi jak do dziecka. – Coś cię niepokoi, chcesz się czegoś dowiedzieć? Proszę bardzo, pytaj.

Jerzy wychodzi po kwadransie, upewniając się, że to rozmowa anonimowa i nikt jego ani rodziny nie rozpozna.

– Mój ojciec był tyranem, który katował rodzinę. Za mąż wyszłam, bo chciałam uciec jak najdalej z domu. Oczywiście, dobrze mi było z Jurkiem, ale czy to była miłość? Już nie wiem. Teraz zarabiam 1100 zł miesięcznie. Nie wiem, jak od niego odejść. Co z mieszkaniem? Musiałby tu mieszkać, bo przecież nie dostałby nakazu eksmisji. Rozwód kosztuje, a ja ledwo wiążę koniec z końcem. Jestem wykończona. Wstydzę się. Boję się. Nie mam przyjaciół. Z jednej strony bardzo chcę spróbować w życiu czegoś jeszcze, chcę się rozwijać, uczyć. Chciałabym kiedyś być z mężczyzną, który by o mnie dbał. Chciałabym pomóc swoim dzieciom, córka zaczyna studia. A co jeśli on zechce się mścić?

Andżelika zostaje

Mąż Andżeliki od ośmiu lat jest trzeźwy. Po drugim ataku serca skierowano go do poradni AA, gdzie w wieku 56 lat zaczął terapię.

– Nie wiem już, co było gorsze – czy ten czas, kiedy pił, czy pierwsze dwa lata, jak przestał. Cały dzień siedział w domu, mamrocząc coś ze złością. Awanturom nie było końca. Na pół roku wyprowadziłam się do syna. O, idzie wreszcie – Andżelika wygląda przez balkon i pokazuje głową siwego mężczyznę, który wszedł na podwórko. Gdy mąż zagląda na balkon, mówi: – Weź sobie zupę, nie przeszkadzaj. – No i tak sobie teraz żyjemy – szepcze. – Przyzwyczaiłam się.

Florentyna odchodzi

Zrozumiała, że jeśli nic nie zrobi, może wydarzyć się coś strasznego. Rozstanie zaplanowała w najdrobniejszych szczegółach. Najpierw wyrzuciła go ze wspólnej sypialni i odebrała pełnomocnictwa do wszystkich kont bankowych. W październiku wyrzuciła z mieszkania, które należało tylko do niej. Chciała to zrobić, zanim przyjdzie zima, żeby się nie martwić, że zamarznie. W jesienny poranek wystawiła jego walizki za próg i zamknęła się od środka.

– Siedzieliśmy tak trzy dni. On z jednej strony drzwi, ja z drugiej. On w ciągu, brudny, osikany, ja na lekach uspokajających. Kiedy wyszedł z ciągu, zrobił jedyną w swoim życiu awanturę, taką z rzucaniem kamieniami w okna.

Miała jeszcze nadzieję, że mąż zacznie się leczyć. – Poszliśmy do poradni AA na konsultację. Mąż, gdy słyszał coś, czego nie chciał przyjąć do wiadomości, nie protestował, tylko oglądał sobie ręce. Zobaczyłam, jak ogląda sobie te ręce, kiedy terapeuta mówi, że może będzie musiał wybrać: żona albo wódka, narkotyki, hazard. I już wiedziałam. To koniec.

Antonina daje szansę

Jerzy obiecał Antoninie, że nie będzie grał. Postanowiła dać mu ostatnią szansę. Nie chciała o tym opowiadać. Po jakimś czasie przysłała mi SMS-a: „U mnie piekło. Nie wiem, jak długo to wytrzymam”.

Na jednym z forów internetowych, gdzie czasem coś pisała, znalazłam jej wypowiedź: „Złożyłam sprawę o rozwód. Wszystko mi jedno. Mówię sobie, że za pół roku to się skończy. Cokolwiek miałoby to być”.

Tekst ukazał się w „Zwierciadle” (marzec 2006) pod moim poprzednim nazwiskiem: Paulina Kmieć.