Biblioteka Ruskie Knigi

Skany oryginalnej publikacji („Zwierciadło”, sierpień 2005). Kliknij, żeby powiększyć.

Skan, strona 1
Skan, strona 2
Skan, strona 3
Skan, strona 4
Skan, strona 5

Mężu mój drogi, jestem w ciąży. Nie poradzę sobie z tobą i z dwójką dzieci. Nie dam rady wszystkich was utrzymać, nakarmić, oporządzić. Z kogoś muszę zrezygnować. Zdecydowałam, że to będziesz ty

Mężczyźni o ciemnej karnacji, ubrani w czarne skóry, szepczą, gdy przechodzę: „Płyty… kasety… wibrator dwufazowy… umów sie ze mno dziewcino… płyty… kasety…”. Szpaler szepczących mężczyzn prowadzi na koronę Stadionu Dziesięciolecia. Aż po horyzont ciągną się rzędy pstrokatych stoisk. Po lewej stronie przy dźwiękach hip-hopu uwijają się czarnoskórzy sprzedawcy adidasów, po prawej mały stolik z bateriami, za nim przysadzista blondyna. Pytam, gdzie znajdę Swietłanę i jej bibliotekę. Kobieta pokazuje przeciwległą część korony: – Ruskie knigi tam. Wytężam oczy. Widzę zieloną budkę i duży szyld „RUSKIE KNIGI”. Otwarte.

Jak się umówiłaś, to rozmawiaj…

Biblioteka Ruskie Knigi, sektor 38. Zielona budka z dykty. Kilkadziesiąt książek białoruskich, ponad tysiąc rosyjskich. Kasety VHS, płyty DVD, kasety i płyty z muzyką rosyjską. Za ladą Wiktoria, lat 25, obywatelka Białorusi, wykształcenie podstawowe.

– Papiery się nie liczą. Ważne, co kto ma w głowie – mówi. Opalona, umięśniona, ogniście ruda. Na ramieniu wielki tatuaż: wyszczerzone w uśmiechu słońce albo słonecznik – jak kto woli. Na łopatce skradający się leśny stworek.

– W bibliotece mamy słowniki białoruskie, którymi interesują się studenci i profesorowie uniwersytetu, trochę klasyki: Jarka Kupałę, Maksima Tanka. Z literatury rosyjskiej najwięcej książek sensacyjnych. Klienci po pracy są zmęczeni i nie chce im się czytać czegoś ambitnego. Tylko niektórzy sięgają po rosyjskich pisarzy współczesnych: Ulicką, Czerpakowa, Aksienowa. Z zagranicznych najlepiej idzie Paulo Coelho – opowiada Wiktoria. Stałych czytelników jest około pięciuset: studenci, dziennikarze, profesorowie, doktoranci, pracownicy stadionu i innych bazarów.

– No, mamo, jak się umówiłaś, to teraz z panią rozmawiaj! – Wiktoria pokrzykuje na Swietłanę. – Człowiek specjalnie przyszedł, a ty rozmawiać nie chcesz? – Swietłana wzrusza ramionami, jakby chciała powiedzieć: „dobra, dobra”, bierze czerwoną poduszkę i zaprasza w spokojniejsze miejsce.

Niech pani siada na poduszce

Swietłana założyła bibliotekę dziewięć lat temu. Od trzech lat prowadzi ją Wiktoria, bo mama nie czuje się dobrze i dużo czasu spędza w domu. Czyta, trochę pisze. Od trzech lat jest korespondentem „Kuriera Brzeskiego” (dziennik wydawany w Brześciu na Białorusi). Pisała artykuły o kłopotach z wizami do Polski, o handlu kobietami, o życiu ludzi z krajów byłego ZSRR w Polsce.

– Przez siedem lat przydźwigałam do Warszawy kilka tysięcy kilogramów książek. Wstawałam koło 5 rano, jechałam na Stadion i, czy mróz, czy upał, stałam w budce i wypożyczałam. Zęby na tym straciłam. I na inne rzeczy choruję – mówi. Siedzimy na kamiennym murku za „szczękami”. Swietłana na czerwonej pluszowej poduszce. Dzielimy się. Raz ja siedzę, raz ona. Kamienny murek jest zimny.

– Niech pani siada na poduszce, jeszcze dzieci pani nie urodzi – radzi. Wokół pełno podartych papierów, niedopałków, foliowych torebek, czuć lekki zapach moczu.

– Wyszłam za mąż bardzo młodo, za sportowca. Ale nie byłam szczęśliwa. Sześć lat staraliśmy się o dziecko. Mama mówiła, że za chłodno się ubieram. Rozstaliśmy się, każdy poszedł swoją drogą. Ja marzyłam o tym, by mieć rodzinę – opowiada. – A potem spotkałam Walerego… – nagle milknie. Nie uśmiecha się, patrzy w niebo. Jest drobna, szczupła, niepozorna. Koło pięćdziesiątki.

– Zaszłam w ciążę. Bardzo się cieszyliśmy – dodaje po chwili.

On był duszą towarzystwa

– To była wielka miłość, namiętność. Klapki na oczach – Wiktoria opowiada o małżeństwie rodziców, jakby robiła to już wiele razy. – Ale on uwielbiał huczne imprezy, wydawał na nie wszystko, co miał, a dobrze zarabiał, bo jeździł taksówką. Od pijanych pasażerów często dostawał ogromne napiwki. Był duszą towarzystwa. Dużo pił. Mama utrzymywała dom, kupowała jedzenie, ubrania dla wszystkich. Jak patrzę na swoje dziecinne śpioszki, to aż mi się żal robi. Widać, że bardzo były tanie – śmieje się. – Tata się nie dokładał – dodaje.

Mieszkali w 80-metrowym mieszkaniu, które Swietłana kupiła z pomocą matki, gdy jeszcze była mężatką. W porównaniu z innymi młodymi małżeństwami żyli w luksusie. Walery rzucił taksówkę, zaczął jeździć tirem po całej Rosji. Aby zdobyć tę pracę, musiał zapisać się do partii. Zarabiał coraz lepiej, ale w domu było biednie. Swietłana uczyła dzieci gry na pianinie, prowadziła rytmikę w przedszkolach. Po czterech latach od ślubu po raz drugi zaszła w ciążę. I przestraszyła się, że nie da sobie rady. Przygotowała więc przemowę, którą pamięta do dziś.

– Mężu mój drogi, jestem w ciąży. Nie poradzę sobie z tobą i z dwójką dzieci. Nie dam rady was oporządzić, utrzymać, nakarmić. Z kogoś muszę zrezygnować. Zdecydowałam, że to będziesz ty – recytuje, siedząc obok mnie na czerwonej poduszce, często spogląda w niebo.

Rozwód dostali szybko. Daria, dziś 20-letnia, urodziła się już po nim. Walery zamieszkał u rodziców, potem pojechał pracować jako kierowca przy wydobywaniu ropy naftowej na Syberię. Alimenty przychodziły na początku regularnie, później coraz rzadziej, w końcu po Walerym wszelki ślad zaginął. Swietłana zajęła się rodziną.

Inny świat

– Kto by się przejmował brakiem alimentów! Można było za nie kupić dwa ciastka – mówi Wiktoria. – Ojca było szkoda, wiadomo, ale taka jego natura – jest i znika.

Swietłana: – Pracowałam jako nauczycielka, ale tak naprawdę zarabiałam, robiąc na drutach swetry, czapki, kamizelki. Taki duży sweter – Swietłana szeroko rozkłada ramiona – potrafiłam zrobić w jeden dzień.

Daria chodziła do przedszkola z internatem, od poniedziałku do piątku. Wracała do domu tylko na weekend. Swietłana wstawała rano, Wiktorię wysyłała do szkoły i jechała na lekcje. Autobusem albo autostopem gdzieś za miasto. Wracała wieczorem, koło 21. Wiktoria sama wracała ze szkoły, jadła, co było w lodówce, odrabiała lekcje, oglądała telewizję. Czasem szła do babci, która była księgową w restauracji i zawsze mogła nakarmić wnuczkę, dać jej coś do domu. Gdy minęło prawie 10 lat od zaginięcia Walerego, Swietłana napisała podanie o przyznanie córkom renty.

– Tata zadzwonił na dwa dni przed ich upływem. Nie pamiętam, może ja odebrałam telefon. „No cześć, to ja, tata” – powiedział. Pieniędzy żadnych nie przywiózł. Ale nawet gdyby, to my i tak jeździłyśmy już na Stadion i nic by tego nie zmieniło. Bardzo mi się tu podobało. Zupełnie inny, nowy świat – mówi Wiktoria.

Budka z dykty

Kiedy po raz pierwszy przyjechały do Warszawy, w wielkich torbach miały ubrania, drobny sprzęt elektroniczny i dużo innych rzeczy.

– Jeździłam z koleżanką. Miałyśmy dokładnie taki sam towar. Od niej ludzie kupowali, a ode mnie nie. Może dlatego, że ciągle książki czytałam, zamiast rozmawiać z klientami – Swietłana uśmiecha się jeden jedyny raz. – Po pracy ludzie byli zmęczeni, siedzieli w domach, chętnie pożyczali moje książki, żeby poczytać. Więc po jakimś czasie zaczęłam jeździć tylko z książkami.

– Wtedy na Stadionie ludzie robili fortuny, dzienne obroty bazaru szły w setki tysięcy dolarów, a mama chciała książki. Dlaczego? Nie nadawała się do niczego innego… – Wiktoria robi zafrasowaną minę, ale w jej głosie czuć sympatię dla matki. – Myślała, że ma jakąś misję edukacyjną – tłumaczy.

– Miałam moralną satysfakcję z tego, co robiłam. Stworzyłam coś wyjątkowego, jedyne takie miejsce w Warszawie albo nawet w Polsce: wypożyczalnię białoruskich i rosyjskich książek. Dzięki mnie ludzie czytali – mówi Swietłana.

Na Stadionie ludzie znają i szanują bibliotekę Ruskie Knigi. Żeby wypożyczyć książkę, trzeba wpłacić do 20 zł kaucji i około 4 zł za miesiąc. Od klientów, którzy czytają szybko i oddają książkę po dwóch dniach, biblioteka bierze po 50 gr za dobę. Każdego na to stać.

W zielonej budce z dykty zimą jest bardzo zimno, ale latem całkiem przyjemnie. Dookoła książki, gazety, kobiece magazyny – wszystko pisane cyrylicą.

Wiktoria: – Kiedyś przyszło do nas dwóch Gruzinów po haracz. Mama kilka razy zapłaciła, ale w końcu zażądali takiej sumy, że nie miała z czego płacić. Grozili, że zrobią coś złego mnie albo Darii. Mama wywiesiła kartkę, że biblioteka zamknięta. Jak się inni Gruzini dowiedzieli, że to przez tych dwóch, tak ich obili, że hej. No i mogłyśmy pracować dalej. Różni są ludzie na Stadionie, ale ja się tu dobrze czuję. Jak sobie z pijanym, natrętnym Czeczenem poradzisz, to sobie w życiu poradzisz z każdym. Ale lepiej nie wiązać się tu z nikim, nie zaprzyjaźniać za bardzo. Praca to praca – kwituje Wiktoria.

Małe mieszkanko nad konsulem

Gdy otwierały biznes na Stadionie, postanowiły wynająć niedrogi pokój w pobliżu. Padło oczywiście na Pragę.

– Zamieszkałyśmy na Stalowej – mówi Wiktoria. – Przyszła zima i nie mogłam czasem otworzyć drzwi do mieszkania, bo zamarzały. Przeniosłyśmy się na Ząbkowską. Było w porządku, ale właściciele mieszkali w sąsiednim lokalu i byli alkoholikami. W Wigilię pijana sąsiadka powiedziała, że dość już wynajmowania, wezwała policję i w ciągu godziny musiałyśmy się wynieść, choć czynsz płaciłyśmy, nic się złego nie działo. Akurat miała taki pomysł.

Autobus 119 dojeżdża do pętli. Wysiadamy, idziemy obok budowy jakiegoś biurowca, po lewej stronie kilkupiętrowe bloki. – Tu mieszkają Bułgarzy, tam Koreańczycy. O, nawet przywódców widać w gablotach – Wiktoria pokazuje blok za ogrodzeniem, na którym wiszą oszklone zdjęcia. Otoczone metalowymi płotami bloki są enklawą mieszkaniową urzędników ambasad, konsulatów i przedstawicielstw handlowych byłych krajów komunistycznych. Kiedyś mieszkali tu wyłącznie oficjele. Dziś po prostu obywatele. Osiedle rosyjskie składa się z trzech bloków. Tu mieszkają wszystkie nacje byłego ZSRR. Oprócz Ukraińców.

– Wszyscy Ukraińcy wyprowadzili się po rozpadzie Związku Radzieckiego. Żeby zamanifestować, że Ukraina jest już odrębnym państwem, że się z tego cieszą.

Swietłana i Wiktoria mają M-3 na trzecim piętrze. Pod nimi mieszka białoruski wicekonsul, na górze konsul, attaché prasowy, handlowy i inni urzędnicy.

Gdy Wiktoria otwiera drzwi, wypada na nas psisko z ogromną szczęką. Wiktoria szczebiocze: – Koksik, Koksik! W kuchni na stole siedzi pluszowa żaba. Gdy Wiktoria naciska łapę z czerwonym serduszkiem, żaba zaczyna śpiewać głosem Louisa Armstronga „What a Wonderful World”. Wiktoria częstuje mnie cappuccino z likierem. Otwiera stare albumy. Pierwsze zdjęcie, sprzed 40 lat: Swietłana z mamą, w słońcu, w jednakowych sukienkach, które jej mama sama szyła. Swietłana jest śliczna, delikatna, z wyglądu bardziej Hiszpanka niż Słowianka. Kilka stron dalej: 30 lat temu. Swietłana i Walery. On – barczysty blondyn z bakami i uwodzicielskim uśmiechem. Są piękną parą. Pięć lat temu: Swietłana w budce na Stadionie, uśmiechnięta, w peruce.

– W zimie peruka to wielka wygoda. Ciepło w głowę – mówi Wiktoria.

Nie jesteś u siebie!

Firma Damis, właściciel bazaru, podpisała z najemcami stoisk umowę do końca 2006 roku. Co będzie potem, nikt nie wie.

– Może otworzę wypożyczalnię w Centrum Rosyjskiej Nauki i Kultury, które powstanie po remoncie budynku przedstawicielstwa handlowego Rosji – marzy Swietłana.

– Na Białoruś na pewno nie wrócimy. Ja już tam nie pasuję. Tam inaczej traktują pracę. Po pięćdziesiątce kobiety zamieniają się w przygarbione babiny z chustami na głowie. Ludzie są dla siebie nieprzyjemni, opryskliwi. W sklepach pełno przeterminowanych produktów i nikogo nie obchodzą reklamacje – mówi Wiktoria. – W Polsce jest lepiej, ładniej, ludzie są milsi, weselsi.

Ostatnio Wiktoria kupiła jogurt przeterminowany o jeden dzień. – Zwróciłam pani uwagę, dostałam nowy jogurt, na odchodne usłyszałam: „I uspokój się, nie jesteś u siebie”. Często to słyszę. Boli, ale trudno, już się pogodziłam.

Wiktoria lubi swoją pracę i dobrze sobie radzi. – Płacę podatki. Co pół roku muszę odnowić kartę stałego pobytu. Raz mi już odmówiono, a w uzasadnieniu napisano, że nasza działalność „nie jest społecznie pożądana”. Poprosiłam o pomoc media i kartę dostałam.

Sposób na przetrwanie

Swietłana przyznaje, że wielu rzeczy się boi, jest nieśmiała, niepraktyczna. – Zawsze kochałam książki. Zostałam nauczycielką muzyki, bo jak byłam mała, mama spytała, czy chcę być nauczycielką, i odpowiedziałam, że chcę. Posłała mnie do szkoły muzycznej. Ale ja i tak każdą wolną chwilę spędzałam na czytaniu. To był mój sposób na przetrwanie – wspomina.

Wiktoria mówi, że mama kiedyś była bardziej energiczna, nie poddawała się łatwo. Ale ta energia jakby się już skończyła. Teraz jest słaba i trzeba o nią dbać.

– Nauczyłam się obsługiwać wiertarkę i wiercić dziury w metalu, w żelbetonie, naprawiać różne rzeczy, prowadzić firmę – mówi Wiktoria. Książki do biblioteki trzeba przywozić pociągiem, Wiktoria jeździ po nie raz na dwa, trzy miesiące. Plan wyprawy jest zawsze taki sam.

– Najpierw jadę do Brześcia pociągiem, potem autobusem do Mińska. Jest piątkowy poranek. Wynajmuję samochód i jedziemy na hurtowe bazary. Mam godzinkę na gazety, godzinkę na płyty i kasety, cztery godzinki na książki. Odpoczynek. Wieczorem po inne książki na nocny bazar dla hurtowników. Tam kupuję najnowsze wydania, uzupełniam zapasy. W sobotę objeżdżam jeszcze kilka hurtowni, po specjalistyczne publikacje. W pociągu, gdy pytają, po co mi tyle książek, mówię, że jestem studentką. W niedzielę rano jestem z powrotem w Warszawie. Mam za sobą trzy nieprzespane noce, a w niedzielę pracuję do 13. Nie wiem, jak mama znosiła ten maraton. Po pracy lubię chodzić na siłownię, do kosmetyczki, do fryzjera.

Wiktoria marzy, żeby mieć własne mieszkanie. Chciałaby wyremontować i ocieplić budkę na Stadionie. Obie z matką namawiają Darię, żeby skończyła szkołę. Daria ma tylko sześć klas podstawówki, bo musiała przerwać naukę, żeby pomagać w bibliotece.

– W ciągu tych ponad 20 lat ani razu nie żałowałam, że rozwiodłam się z mężem – mówi Swietłana. – Cieszę się, że tak szybko zdecydowałam się odejść i więcej swojej energii przeznaczyłam na dzieci i dom, a nie na przerabianie męża. Gdybym została na Białorusi, nie miałabym nawet czego czytać. Tam książki są strasznie drogie, mało się wydaje i sprzedaje. Wychowałam dwie córki, jestem z nich dumna. Nie pokończyły szkół, ale każda da sobie radę.

Teraz Swietłana wyjechała na Białoruś. Opiekuje się chorą mamą. Była w sanatorium i u dentysty. Podobno wygląda pięknie.

Tekst ukazał się w „Zwierciadle” (sierpień 2005) pod moim poprzednim nazwiskiem: Paulina Kmieć.