Kryzys, jaki po drugiej wojnie światowej dotknął rodziny mieszkające na hiszpańskiej wsi, kazał im porzucić domy i przeprowadzić się do miasta w poszukiwaniu pracy. W ciągu ostatniego półwiecza około 3 tysiące hiszpańskich pueblos utraciło wszystkich mieszkańców. Kolejne kilkanaście tysięcy ma ich tylko kilku.Przykładem jest Noguedo, galicyjskie miasteczko w parafii Alais, Castro Cadeas, w którym mieszka tylko pani Eladia, lat 99.
Pueblo na sprzedaż
Galicja zwana jest fabryką „nawiedzonych miasteczek”. Według Galicyjskiego Urządu Statystycznego, w 2012 roku było ich tu 1996, w 2013 już 1539. Dodatkowo, 2380 wiosek ma jednego mieszkańca, a ponad 3000 – tylko dwóch. Jedynie 22 opuszczone miasteczka w Galicji mają jednoznaczny status prawny i mogą być np. sprzedane. Inne mogą liczyć wyłącznie na ludzi, którzy, w przeciwieństwie do światowej większości, migrują z miasta na wieś. Nikt ich jeszcze nie policzył, ale są ich z pewnością tysiące.
Brytyjczycy, Norwegowie, Szwajcarzy, Belgowie, Rosjanie kupują je za pośrednictwem stron internetowych jak Idealista.com lub Aldeasabandonadas.es. Ceny są różne. 26 tysięcy euro za dwa domy w prowincji Lugo, prawie 400 tysięcy euro za osadę kilku domów w Pontevedra, nad morzem, 900 tysięcy euro (do negocjacji) za wioskę z 23 budynkami, położoną 75 km od Madrytu.
Co roku sprzedaje się nie więcej niż 3-4 miejscowości. Nowi właściciele przekształcają je w ośrodki agroturystyczne lub wiejskie posiadłości. Zdarza się, że wspierają lokalną gospodarkę.
– Słyszałem o przypadku wymarłego pueblo, które ktoś kupił i musiał sprowadzić robotników z zewnątrz, by je wyremontować. W miasteczku żyło tylko kilku staruszków. Do pracy na wsi zgodzili się przyjechać imigranci, którzy potem ściągnęli swoje rodziny i zostali już na stałe. Miejscowość ożyła na nowo – opowiada Raul Oleas z kooperatywy mieszkaniowej Sostre Civic.
Aaaaby przeczekać kryzys
Dużo liczniejszą grupę zainteresowanych mieszkaniem w opuszczonym miasteczku stanowią uchodźcy z miast. Ci, którzy nie mają domu ani pracy, a często mają kilkoro dzieci na utrzymaniu. Także samotni rodzice.
Hiszpańskie strony internetowe poświęcone zasiedlaniu wsi pełne są ogłoszeń, takich jak to, umieszczone przez Vicky i Javiera, opublikowane na forum serwisu Pueblosabandonados.es: „Jesteśmy rodziną z dwójką dzieci. Dziewczynka ma 7 lat, a chłopiec 4. Nie mamy pracy i bank zabrał nam mieszkanie. Zastanawiamy się, gdzie teraz zamieszkać. Jesteśmy zainteresowani informacją o możliwościach zasiedlania opuszczonych miasteczek. Z góry dziękujemy”.
Albo: „Jesteśmy parą i nie mamy ani pracy ani domu. Chcemy mieć dzieci i dlatego chętnie zamieszkamy w jakimś miasteczku i zaczniemy wszystko od zera. Mamy wykształcenie w budownictwie i wykańczaniu wnętrz. Ja mam doświadczenie w pracy w ogrodzie i ze zwierzętami, przez 8 lat pracowałem jako ogrodnik i drwal. Nazywam się Miguel. Oto mój adres mailowy…”.
Niektórzy proszą tylko o kontakt, inni o pomoc, jeszcze inni opowiadają historię swojego życia, zamieszczają imię, nazwisko i numer telefonu. Czasami piszą aż z Ameryki Południowej: Hondurasu czy Kolumbii. Niektóre ogłoszenia brzmią rozpaczliwie. Ważne jednak, że część piszących je osób znajduje swoje miejsce gdzieś na hiszpańskiej wsi.
Zzzzamieszkaj u mnie
Miasteczka na skraju katastrofy demograficznej walczą o nowych przybyszów. Oferują im pracę i dom, miesięczną zapomogę, zniżki i innego rodzaju przywileje. Mobilizują się często wtedy, gdy pojawia się zagrożenie np. zamknięcia szkoły, bo chodzi do niej tylko dwoje uczniów albo nie przychodzi już żaden. Młode małżeństwa, najlepiej z kilkorgiem dzieci, są tam na wagę złota.
Oferty bywają różne. Np.: „Lledó, miasteczko w Teruel pilnie poszukuje rodziny z dwójką lub więcej dzieci między 3 a 11 rokiem życia, aby nie trzeba było zamykać szkoły. Ojcu rodziny oferowana jest praca rzeźnika w hodowli świń.”
W innych ofertach poszukiwane są osoby do prowadzenia baru, pracy w sklepie lub na farmie. Chętnych jest bez liku.
Inną opcją dla uciekinierów z miast są już istniejące nowe pueblos, w których ciągle jest miejsce dla kolejnych przybyszów. – Stworzenie miasteczka od zera nie jest takim prostym zadaniem – mówi Raul Oleas, którego kooperatywa prowadzi swój „miasteczkowy” projekt w Pirenejach. – Ludzie muszą dobrać się tak, aby potrafili ze sobą żyć, dogadywać się, uzupełniać wzajemnie. Młode projekty tego rodzaju obarczone są ryzykiem porażki. Przykładem może być Can Kalzada, istniejąca od 15 lat osada w Katalonii, która dziś jest przedsięwzięciem rozwijanym pod skrzydłami Cooperativa Integral Catalana. Jej mieszkańcy nieustannie się zmieniają, nie stworzyli do tej pory stabilnej społeczności, która przetrwałaby lata. Właśnie zaczynają od nowa.
Ekowioska – enklawa wśród miast
Stowarzyszenie kulturalne Artiborain działa w aragońskich Pirenejach. Powstało, aby reprezentować mieszkańców trzech wiosek: Aineto, Artosilla i Ibort. Stowarzyszenie ma prawo użytkowania miasteczek i okolicznej ziemi za symboliczną opłatą (około 6 euro rocznie za hektar). Kontrakt z władzami regionu odnawiany jest systematycznie, co kilka lat. Jego członkowie zobowiązani są m.in. do renowacji i dbania o stare budynki w wioskach. Taki jest zresztą główny cel statutowy stowarzyszenia – promocja rekonstrukcji i odnowy porzuconych wiosek.
Historia Artiborain zaczęła się na początku lat 80. Grupa mieszczuchów postanowiła zrealizować sen o wiejskiej enklawie i nowym porządku społecznym, opartym o wzajemną współpracę, poszanowanie dla środowiska naturalnego, wspieranie kreatywności, duchowości, rozwój emocjonalny. Nowi osadnicy na swoją siedzibę wybrali trzy opuszczone w latach 50. wioski w Pirenejach. Decyzja była stosunkowo łatwa do podjęcia – stosunkowo łatwy dojazd, w miarę dobry stan zabudowy, piękne krajobrazy i przychylna polityka ówczesnych władz Aragonu.
W grupie, która utworzyła stowarzyszenie i zamieszkała w Artiborain było 25 osób dorosłych i 26 dzieci. Siedem lat później, w Aineto mieszkało 17 dorosłych i 19 dzieci, w Artosilla 3 dorosłych i 4 dzieci, a w Ibort 7 dorosłych i 3 dzieci. Tylko część z tych osób była w grupie założycieli.
Sam zrób swoje miasteczko
Dziś w Artiborain mieszka około 100 osób, ich liczba zmienia się zależnie od pór roku. Jesienią niektórzy wyjeżdżają do pracy lub na studia. Na lato przyjeżdżają dzieci. Stowarzyszenie zarządzane jest według zasad wspólnotowych. Co jakiś czas, na przykład raz w miesiącu, mieszkańcy spotykają się, by omawiać najważniejsze kwestie. Decyzje podejmowane są demokratycznie. Zarobione wspólnie pieniądze są należą do wspólnoty. Każda osada samodzielnie zarządza swoimi budynkami i terenem.
Mieszkańcy stworzyli grupy, które specjalizują się w konkretnych zagadnieniach: rolnictwie, szkolnictwie lub kontaktach z miastem.
Wszystkie trzy pueblos prowadzą ekologiczne uprawy, ekologiczne pozyskują energię. Wszystko robione jest tu własnoręcznie. Każdy kto odwiedzi Artiborain może mieszkać w nim, w zamian za pracę na rzecz społeczności, zazwyczaj pomoc w budowie czy przy uprawach.
Co ważne, wszystkie ogrody Airtborain także są dziełem swoich mieszkańców. Dzięki nim miasteczka są niemal niezależne od świata zewnętrznego. Wspólnota Artiborain funkcjonuje wewnętrznie niemal bez pieniędzy. Udało się wypracować wewnętrzny system wymiany pracy i czasu. Zgodnie z zasadą maksymalnego poszanowania dla środowiska korzystanie z samochodów ograniczone jest do minimum.
Model ekowioski: blaski i cienie
Takich enklaw jak Artiborian jest w Hiszpanii kilkadziesiąt, choć większość jest młodsza. Część z nich wypracowuje własne zasady funkcjonowania, część wykorzystuje model ekowiosek.
Według definicji Roberta Gilmana, amerykańskiego astrofizyka i propagatora zasad zrównoważonego rozwoju, ekowioska jest to osadą dopasowaną i, zaspakajającą wszystkie ludzkie potrzeby, zarządzaną wspólnotowo, w której działalność człowieka przebiega w harmonii z naturą, w sposób wspierający jego zdrowy rozwój i może być z powodzeniem kontynuowana w nieokreślonej przyszłości.
Z opowieści mieszkańców Artiborain wynika, że dwa zasadnicze problemy, z którymi spotkali sie twórcy nowych pueblos to kwestia pieniędzy oraz doświadczenia. Niewielu umie stworzyć społeczność od zera, umiejętnie balansować między tym, co wspólne i prywatne, rozwiązywać spory i wspólnie podejmować decyzje. Jedną z zasad obowiązujących w Artiborain jest bieżące reagowanie na pojawiające się konflikty. Może dlatego osadzie udało się tak wiele dokonać.
Pierwszym wspólnym przedsięwzięciem mieszkańców Artiborain było założenie szkoły w Aineto. Niedługo potem, powstała tam także La Cadiera Planetaria, czyli przestrzeń dla warsztatów edukacyjnych, kulinarnych, kulturalnych i wszelkiego rodzaju wydarzeń wspólnotowych.
W Artiborain działa Grupa Animacyjna Trapalanda – lalkarska grupa objazdowa, która swoje spektakle prezentuje w całej Hiszpanii i poza jej granicami. Na początku Trapalanda była raczej przedsięwzięciem non-profit, dziś dla niektórych jej członków jest głównym źródłem zarobku.
Weź sprawy w swoje ręce
W La Casa Fortaleza, XVII-wiecznym budynku spektakularnie zrekonstruowanym przez mieszkańców wioski Artosilla, planowane jest utworzenie centrum dokumentacyjnego ekowiosek oraz szkoły ekologicznego budownictwa. Będzie można tam uzyskać informacje na temat tego, jak budować społeczność i podpatrzeć dobre praktyki.
Każdy kto chciałby spróbować swoich sił w hiszpańskiej ekowiosce lub opuszczonym pueblo może skontaktować się np. z RIE czyli Red Iberica de Ecoaldeas (Iberyjska Sieć Ekowiosek) – organizacją w pewien sposób zrzeszającą wszystkie tego rodzaju projekty. Pomocna może być także organizacja REDR, czyli Red Española de Desarrollo Rural (Hiszpańska Sieć Rozwoju Wsi). Warto przedtem obejrzeć kilka filmów dokumentalnych: Tierras de Trapalanda lub na przykład Pueblos abandonados. Można szukać miasteczek do wzięcia na własną rękę, za pośrednictwem mapy. Wszędzie mile widziane są rodziny wielodzietne lub osoby z pomysłem na biznes. Raz się żyje!