Jeszcze do połowy XIX wieku żywność produkowano w mieście lub jego bliskich okolicach. Ubój zwierząt na niedzielne kotlety odbywał się na targach miejskich, zazwyczaj gdzieś w środku miasta – tak żeby mięso było świeże. Pomidory czy inne warzywa sezonowe sprowadzano z niedaleka. Wiele z nich zresztą hodowano w przydomowych ogródkach. Każdy w mieście wiedział i widział skąd bierze się jego obiad, sam mógł wybrać rzeźnika i ogrodnika, którego cenił. Tak było do czasu, kiedy wynaleziono kolej i rozwinęła się produkcja przemysłowa, którą z racji rozmiarów trzeba było wynieść za miasto.
Dzisiaj aby kupić jedzenie mieszkańcy miast jadą do położonych na jego obrzeżach supermarketów. Tam żywność kupują w paczkach, a jej nazwę i świeżość sprawdzają na etykietkach. Aż 80 procent handlu żywnością na świecie kontroluje pięć koncernów. Dzięki żywnościowym spekulacjom jedzenie podróżuje tysiące kilometrów, bo sprzedawane w tonach pomidory są gdzieniegdzie tańsze licząc z transportem niż te, które kupuje się lokalnie. Ważny jest każdy grosik zysku na kilogramie. Dla koncernu, który handluje tysiącami kilogramów to jest właśnie zysk.
Średnio zużywa się 10 kalorii, aby wyprodukować jedną kalorię żywności. Z perspektywy koncernów, w niektórych miejscach handel opłaca się mniej, w innych bardziej. Miliard ludzi cierpi z głodu, a drugi miliard ma problem z otyłością. W samych tylko Stanach Zjednoczonych połowa jedzenia ląduje na śmietnikach. Najdroższe w produkcji jest mięso. Aż 30 procent produkowanego na świecie zboża konsumują zwierzęta przeznaczone na ubój Dlatego m.in. potrzeba żywności modyfikowanej genetycznie. Dla świń, kur i krów przeznaczanych na miejskie stoły, bo według prognoz, liczba mieszkańców miast w niedługim czasie podwoi się.
Pozytywny wpływ na środowisko ma zatem każda rzodkiewka wyhodowana w domu. Nie trzeba jej przewozić, modyfikować, sztucznie nawozić, a regularne spożywanie jej nie grozi poważną chorobą i długotrwałym leczeniem w szpitalu. Rolnictwo miejskie jest najtańszą i najzdrowszą opcją z możliwych.
Praca w ogrodzie
Hastings Urban Farm w kanadyjskim Vancouver jest przedsiębiorstwem społecznym i przedsięwzięciem terapeutycznym. Zatrudnia i szkoli w kierunku miejskiego rolnictwa osoby, którym z uwagi na brak wykształcenia czy chorobę trudno znaleźć pracę. Farmerzy uczą się m.in. stolarstwa, pszczelarstwa, zarządzania finansami, marketingu, planowania przestrzennego i prognozowania wydajności. Na powierzchni 1/5 hektara, który firma dostała od miasta, HUF hoduje warzywa, owoce, kwiaty i miód. Plony z farmy sprzedawane są do restauracji, hurtowni, targach warzywnych. Jeśli nie wszystko uda się sprzedać, żywność trafia w ręce osób potrzebujących lub tanich jadłodajni.
Pomidory na dachu
Brooklyn Grange (BG) mieści się w Nowym Jorku, na dachu opuszczonego kiedyś budynku przemysłowego. Jest największą na świecie farmą na dachu. Ma pół hektara powierzchni, a jej twórcą i głównym farmerem jest Ben Flanner, autorytet w dziedzinie rolnictwa miejskiego w Nowym Jorku. Na dachu rosną zielona sałata, papryka, buraki, kapusta, kapusta chińska, zioła, marchewki, rzodkiew, fasola i 40 różnych odmian pomidorów. Nie stosuje się, rzecz jasna, żadnych środków ochrony roślin ani sztucznego nawozu. Na Brooklyn Grange mieszka kilka kur, działa także pasieka, w której hodowany jest specjalny gatunek pszczół odpornych na lokalne warunki klimatyczne.Co roku farma produkuje około 23 tysięcy kilogramów warzyw. Brooklyn Grange promuje specjalne programy kompostowe, dzięki którym aż 14 procent odpadków na lokalnych wysypiskach śmieci można przekształcać w nawozy organiczne dla roślinności miejskiej.
BG powstała dzięki dotacjom miejskim i zbiórkom crowdfundingowym. Dziś ma już cztery lata i funkcjonuje jak zwyczajny biznes. Nie jest z definicji przedsiębiorstwem społecznym, ale jest z pewnością przedsięwzięciem lokalnym i grupowym, działającym w oparciu o konkretne wartości społeczne. Aby stworzyć Brooklyn Grange ponad dwadzieścia osób musiało wnieść na dach 1350 kilogramów ziemi, a raczej specjalnej mieszanki odpowiedniej dla upraw na dachu. Trwało to sześć dni. Produkty z BG kupują mieszkańcy okolicy, restauracje. W programach edukacyjnych organizowanych na farmie uczestniczy co roku kilka tysięcy dzieci. Podobnych farm w okolicy jest już kilkadziesiąt i ciągle przybywa nowych, czasem wiele pięter nad ziemią. Ogrody miejskie na dachach działają w m.in. Singapurze, Amsterdamie, Hong Kongu, Tokyo, Montrealu, Londynie.
Ogród na parapecie
Niezwykłym przedsiębiorstwem społecznym jest firma Windowfarms, której główna siedziba także mieści się w nowojorskim Brooklynie. Jej głównym założeniem jest przekonanie, że dla środowiska liczy się każda rzodkiewka, truskawka czy listek sałaty wyhodowane w domu, ekologicznie. Założycielką firmy jest Britta Riley, która z przyjaciółmi wybudowała pierwszą farmę okienną w 2009 roku na piątym piętrze budynku w Brooklynie. Inspiracją dla Britty były farmy hydroponiczne budowane przez NASA. Farma hydroponiczna zamiast ziemi wykorzystuje coś w rodzaju płynnej gleby, czyli mieszankę naturalnych składników niezbędnych do wzrostu roślin. Farma hydroponiczna dostarcza roślinom dokładnie tego, czego potrzebują, nie muszą też walczyć z chwastami. Dlatego rosną dużo szybciej niż w ziemi. Pomysł nie jest nowy, technologia stosowana była już w wiszących ogrodach w Babilonie.
Windowfarms rozpowszechnia tę technologię na całym świecie i modyfikuje. Jest to swego rodzaju społeczność farmerów okiennych, którzy metodą prób i błędów, w różnych warunkach klimatycznych uczą się jak dbać o swoje plony. Swoimi wynalazkami wymieniają się on-line.
Farmerzy z Finlandii wymyślili ostatnio system oświetlenia w technologii LED, który umożliwia hodowlę roślin tam, gdzie brakuje słońca. Wiedza na temat tego, jak stworzyć farmę dostępna jest w internecie za darmo. Każdy kto chce mieć farmę może zbudować ją sam. Windowfarms zarabia na sprzedaży sprzętu. Przyjmuje także zlecenia komercyjne na budowę farm okiennych. Internetowa społeczność farmerów okiennych liczy dziś około 40 tysięcy osób rozrzuconych po całych świcie.
Piętrowy warzywniak szkolny
Green Bronx Machine założył w nowojorskim Bronxie, nauczyciel Stephen Ritz. Firma działa na zasadzie non profit, ale pracują w niej przeszkoleni w trakcie zajęć uczniowie, którzy za swoją pracę otrzymują wynagrodzenie. Większość z nich wywodzi się z domów, w których żyje się poniżej granicy ubóstwa.
Green Bronx Machine oferuje budowę domowych i biurowych farm miejskich, ściany warzywne, zieloną zabudowę wszelkiego rodzaju patio, tarasów i innego rodzaju przestrzeni miejskiej. Głównym celem zielonych instalacji jest produkcja żywności. W ramach przedsięwzięcia wyprodukowano już ponad 12 tysięcy kilogramów jedzenia.
Szkolna ściana warzywna, stworzona przez nastoletnich studentów Ritza, produkuje wystarczającą ilość warzyw i owoców, aby przygotować zdrowy posiłek dla 450 uczniów szkoły. Takie ściany Green Bronx Machine wybudowała już w wielu innychmiejscach. Specjalną instalację uczniowie stworzyli także na zamówienie m.in. Rockefeller Center.
Ogród czyli miasto
Ogrodowe szaleństwo trwa również w Wielkiej Brytanii. Wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy grupa zapaleńców z niewielkiego miasteczka Todmorden wymyśliła projekt Incredible Edible,w wolnym tłumaczeniu: „Niezwykle Jadalne”. Zasada działania jest następująca: za darmo obsadźmy jedzeniem każdą zieloną przestrzeń miejską. . Dzielmy się i pracujmy razem po to, aby nikt nie był głodny. Koniec bezużytecznych, wysuszonych rabatek! Koniec pustych trawników! Potrzeba zdrowego jedzenia łączy wszystkich ludzi, bez względu na wiek czy stopień posiadania. Celem Incredible Edible jest, obok produkcji żywności, wspieranie lokalnych biznesów. Lokalni producenci w Trodmorden rosną w siłę i jest ich coraz więcej. Projekt Incredible Edible ma swoich naśladowców w 30 innych miastach w całej Wielkiej Brytanii.
Żegnajcie schabowe
Aby w roku 2050 wyżywić dziewięć miliardów ludzi, z których część to zapaleni mięsożercy, według obowiązujących dziś zwyczajów rolniczych, trzeba będzie obsiać kolejne 109 hektarów ziemi. To mniej więcej 120 % dzisiejszej Brazylii. W tej chwili – według danych NASA i FAO: 80 procent terenów nadających się pod uprawy jest już eksploatowanych. Koszty takiego przedsięwzięcia, zarówno dla środowiska naturalnego jak i kieszeni każdego z Ziemian są ogromne. Na szczęście istnieją tańsze rozwiązania.
I nie jest są to tylko wegetarianizm czy weganizm.
Food and Agriculture Organization przy Organizacji Narodów Zjednoczonych prowadzi poważne badania nad możliwością wprowadzenia do codziennej europejskiej czy północnoamerykańskiej diety owadów. Rozwiązanie o tyle prawdopodobne, że 2 miliardy ludzi na świecie de facto jada insekty każdego dnia. W Kambodży są szkoły, w których dzieci same zbierają w nocy swój obiad i przynoszą codziennie do szkoły paczkę świerszczy, które są potem smażone i doprawiane. Rarytasem są czerwone mrówki. Innowacyjne biznesy w Tajlandii to hodowle owadów.
Koszty prowadzenia takiej farmy są minimalne w porównaniu z tradycyjną hodowlą bydła, a wartości odżywcze – takie same. Pierwsze farmy świerszczy powstają także w Holandii. Działa tam także Stowarzyszenie na Rzecz Jedzenia Owadów, a w niektórych restauracjach już serwuje się pierwsze potrawy. Francuska projektantka Claire Lemarchand zdobyła w 2011 roku prestiżową nagrodę Red Dot Award za projekt miejskiej mini farmy świerszczy, która rozwiązuje nie tylko problem żywności, ale także miejskiego oświetlenia i gospodarki odpadów naturalnych.
Temat miejskiego rolnictwa jest niewyczerpany. W Madrycie organizowana jest olimpiada dla miejskich ogrodników, w Bośni i Hercegowinie miejskie spółdzielnie rolnicze to codzienność. Swój rolniczy przyczółek ma nawet Warszawa – pasiekę na dachu hotelu Hyatt. Istotnym jest, że współcześni miejscy farmerzy często nie mają wykształcenia rolniczego. Większość to mieszkańcy miast, którzy przez wiele lat kupowali warzywa w supermarketach. Nigdy nie jest zatem za późno na ogródek w środku miasta. Przydałby się bardzo np. w Śródmieściu Warszawy, gdzie od dawna brakuje zwyczajnego warzywniaka.