Donos na niewiernego kochanka, skarga na nieuczciwego pracodawcę, ostrzeżenie przed oszustem. Wszystko to można znaleźć w Internecie. Ale to broń obosieczna – ludzie uczciwi często dowiadują się o sobie, że kogoś oszukali. Tasha Joseph uważa, że prowadzona przez nią strona internetowa wpłynie na zachowanie mężczyzn w związkach z kobietami Zranione kobiety ostrzegają się przed nieuczciwymi partnerami W USA setki nazwisk znalazły się na liście nielubianych nauczycieli
Prawdopodobnie nie znasz Adama Austina z Denver. Otwórz internetowy serwis www.dontdatehimgirl.com. Zobaczysz jego zdjęcie i dowiesz się, dlaczego każda rozsądna dziewczyna powinna unikać go jak ognia. Jak donosi (anonimowo) była dziewczyna Adama, chłopak jest słodki i robi wrażenie zaangażowanego w związek. Sęk w tym, że jego ulubiona rozrywka to heroina. Była dziewczyna demaskuje go na www.dontdatehimgirl.com: ciemnoskóry, pulchny dwudziestokilkulatek jest kłamcą, który spotyka się z dwiema kobietami równocześnie.
Na stronach serwisu dontdatehimgirl.com prawie cztery tysiące kobiet, m.in. ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Irlandii i Kanady, ostrzega przed bigamistami, złodziejami, uwodzicielami, roznosicielami chorób wenerycznych i wirusa HIV. Przy większości opisów zdjęcia. Obok detale: miejsce zamieszkania, sytuacja rodzinna, wymiary, stan zdrowia, poglądy na antykoncepcję. Stronę internetową odwiedza codziennie ponad 12 tysięcy osób. Tyle osób chce czytać o Adamie i jemu podobnych.
Rozczarowane i złe
Serwis działa od roku. Założyła go trzydziestoletnia specjalistka public relations i dziennikarka Tasha C. Joseph. Według niej Internet nie podlega tym samym prawom co gazety, telewizja czy radio. A informacje z serwisu nie są elektronicznym donosem.
– Utrata prywatności i zaklasyfikowanie do grona facetów, którymi nie warto się interesować? To tylko konsekwencja zdradzenia kobiety. Myślę, że moja strona może wpłynąć na zachowanie mężczyzn w związkach – uważa Tasha Joseph.
Tak, odbiera telefony od mężczyzn, którzy czują się dotknięci wpisem na swój temat (numer telefonu znajduje się na stronie). – Każdy może zamieścić sprostowanie, swoją wersję wydarzeń, obok ostrzeżenia – zapewnia szefowa serwisu.
Sprawdzam: na stronie męskich komentarzy nie widać.
Skąd pewność, że byłe narzeczone nie kłamią? To nie pewność, to kwestia zaufania. Tasha wierzy, że większość klientek jej serwisu nie kłamie.
– Ponieważ zostały zdradzone, są rozczarowane, smutne lub złe. Myślę, że piszą prawdziwie i szczerze. Chcą ostrzec inne kobiety przed niebezpieczeństwem – mówi Tasha.
Serwis dontdatehimgirl.com to tylko jedno z miejsc w sieci, gdzie można zamieszczać oceny, komentarze, ostrzeżenia. W kilku serwisach każdy (jeśli zna angielski) może umieścić informacje o znajomych, sąsiadach. Ujawnić ich dane, dokleić zdjęcie. Przykład? Choćby ratemyteachers.com – gdzie można opisać i skrytykować nauczyciela, cheaternews.com – z nazwiskami mężczyzn, którzy “kłamią i ranią”, greatboyfriends.com – w którym matki, siostry i byłe dziewczyny polecają kandydatów na mężów i kochanków. W przygotowaniu jest serwis dontdateherboy.com, w którym mężczyźni opisywać będą nieuczciwe kochanki.
Serwisy z donosami rosną w siłę. Stronę Tashy można już czytać po francusku, hiszpańsku i portugalsku. Kiedy po polsku? Tasha jeszcze nie wie, ale nie ma nic przeciwko temu.
Oszust w zakonie
W polskim Internecie nie ma spisu uwodzicieli i niewiernych mężów. Polacy wolą się ekscytować prawem i gospodarką: mamy czarną listę dłużników, czarną listę policjantów, sędziów i prokuratorów (publikowane z serwera amerykańskiego), kilka list niegodnych zaufania polityków. Do tego spis produktów genetycznie modyfikowanych, kiepskich stacji benzynowych, fatalnych firm budowlanych, nieuczciwych pracodawców, handlowców i nierzetelnych sklepów on-line.
Od czterech lat działa internetowe forum “Nieuczciwość w Internecie” – świetne źródło dla kogoś, kto szuka informacji o nieuczciwych użytkownikach aukcji internetowych i oszustach grasujących w sieci.
Polacy ostrzegają się też na zwykłych, internetowych forach. Tam najłatwiej znaleźć ostrzeżenia publikowane przez pojedyncze osoby w sprawie pojedynczych oszustów.
Maciek Cichocki, 25-letni informatyk, na wewnętrznych listach dyskusyjnych Politechniki Warszawskiej demaskuje byłego pracodawcę: “(…) W Warszawie działa pewien oszust, który poszukuje grafika od zaraz. Daje pracę polegającą na składaniu książek (…). Obiecuje dużą kasę i umowę, ale to bajdy (…). Piszę o tym, aby ostrzec jak najwięcej osób. Nie róbcie nic dla tego człowieka”. Tu – imię, nazwisko, numer telefonu. Żeby łatwiej rozpoznać oszusta, Cichocki w załączniku dodaje fragment jego głosu, który nagrał przez telefon. “Załączę zdjęcie, jeśli uda mi się frajera sfotografować. Nie dajcie się nabrać frajerowi. Ostrzeżcie wszystkich swoich znajomych, żeby już nikt temu badziewiarzowi nic nie zrobił (no chyba, że w mordę mu da)” – alarmuje.
Za ostrzeganie w sieci przed oszustami wzięli się nawet księża. W portalu zgromadzeń zakonnych vitaconsecrata.friko.pl znajduję ogłoszenie: “Uwaga, oszust i złodziej! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! W obecnym czasie jeździ po zgromadzeniach zakonnych młody mężczyzna udający kandydata, który kradnie telefony komórkowe, przenośne komputery, pieniądze i dokumenty. (…) Sprawia wrażenie delikatnego, dobrze ułożonego, a jego wypowiedzi są spójne. Potrafi wzbudzić zaufanie. Wcześniej dzwoni z pytaniem, czy może pomieszkać kilka dni i uczestniczyć w życiu wspólnoty, gdyż jest zainteresowany wstąpieniem do zgromadzenia. Dzień przed terminem odjazdu bezczelnie okrada wspólnotę, która okazała mu zainteresowanie i wyświadczyła wszelkie dobro, i odjeżdża w nieznanym kierunku” – napisał ojciec Kamil M. Kraciuk.
Lepiej pogadać z koleżanką
Na forach internetowych dla kobiet zamieszczam propozycję: zróbmy portal, opublikujmy informacje o nieuczciwych mężach. Odzew? Większość kobiet, które odpisują na moją propozycję, nie chce takiego forum. Tłumaczą: “Taka lista nikomu nic nie da, przecież kobieta, która jest zakochana, i tak nie uwierzy w to, co piszą o jej nowym chłopaku”. “Ostrzeżenia traktowane będą jak twórczość niewyżytych, zawiedzionych pokrak, które nie mają gdzie się wypłakać i wyżalić”. “Trudno pisać o facecie, nie pisząc o sobie – wszyscy znajomi zaraz się domyślą, kto to pisze i będzie obciach”. “Lepiej pogadać z koleżanką” – radzi mi życzliwie jedna z użytkowniczek portalu.
Zostaję pouczona: jeśli nie chcę paść ofiarą faceta, zamiast organizować portal, muszę człowieka wcześniej dobrze poznać.
– Może to oznaka, że w Polsce małżeństwo traktuje się ciągle bardzo poważnie. Na Zachodzie z definicji małżeństwo zawiera się na próbę, jest bardziej eksperymentem, niż czymś, co ma przetrwać. Może dziewczyny z Internetu swoim zachowaniem mówią: “dajmy szansę mężom, nawet tym niewiernym” – zastanawia się profesor Wojciech Burszta, antropolog kultury ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
Nie umawiaj się z nim, dziewczyno
Glos.com – internetowe forum dziennika “Głos Wielkopolski”. Wieje nudą. Mało wątków przeradzasię w dyskusje, ale znajduję wyjątek. Wątek ma tytuł “Uwaga, oszust! Tylko dla kobiet!”. Pod nim prawie dwieście wpisów. Wszystkie o Jakubie G., poznaniaku – jak piszą internautki – oszust i uwodziciel. Swoje ofiary wyłapuje w sieci. Uwodzi kobiety po trzydziestce, samotne, zamożne i spragnione miłości. Wiąże się z nimi, wykorzystuje i porzuca. Jakub G. to – według jednego z wątków -potwór: kłamie, manipuluje, łamie serca. Wcale nie jest tak dobry w łóżku, jak mu się wydaje. Forum kipi od wyzwisk, emocji i informacji.
Sprawdzam: Jakub G. rzeczywiście buszuje po sieci. Sposób na podryw: wpis “szukam kobiety odważnej i uczuciowej” i pseudonim “Milusi”. Na zdjęciach: szczupły szatyn z bródką.
“Albertynka” była dziewczyną Jakuba G. przez dwa i pół roku. Pewnego dnia dowiedziała się, że nie tylko nie jest jedyną miłością jego życia, ale nawet niejedyną jego dziewczyną. – Mnie mówił, że jest emerytowanym żołnierzem GROM. Innym dziewczynom, że był w jednostce antyterrorystycznej albo w CBŚ. W rzeczywistości nie był w żadnym wojsku. Utrzymują go kobiety, które podrywa w Internecie – mówi “Albertynka”.
Żadna z “ofiar” Jakuba G. nie ujawni prawdziwego imienia i nazwiska. Podobno zagroził im, że opublikuje w sieci kompromitujące zdjęcia i adresy tych, które mu się narażą.
Dlaczego kobiety tak dużo piszą o Jakubie G.? “To prywatna krucjata pokrzywdzonych – uważa “Małgorzata”, znajoma Jakuba z sieci i czytelniczka forum. – Chciałabym, aby za wykorzystanie i zdradę była jakaś kara, ale na to nie ma paragrafów. Chociaż w ten sposób chcę go ukarać. Chcę, żeby wszyscy wiedzieli, jakim jest potworem” – pisze “Madga”.
Wszystkim o wszystkim
Czy za kilka lat w Polsce deficytowym towarem staną się prywatność, anonimowość i intymność? Tak jest już w Stanach – uważa Liz Doup, amerykańska dziennikarka magazynu “The Sun Sentinel”. W tekście “Myślisz, że twoje sekrety są bezpieczne? Pomyśl jeszcze raz” pisze: “Internet sprawił, że twoje prywatne życie przestaje być życiem prywatnym. Strony i serwisy internetowe mnożą się jak muszki owocówki, a twoja rodzina, przyjaciele i wrogowie mogą anonimowo paplać na twój temat z milionami ludzi na całym świecie”.
Według Roberta Thompsona, profesora popkultury na Uniwersytecie w Syracuse, proces wyciągania osobistych informacji na światło dzienne rozpoczął się w USA już w latach 60. Wcześniej Amerykanie cenili skłonność do refleksji i kontemplacji, szacunek dla prywatności. Pamiętniki zamykane były na kluczyk. Dziś w Internecie trwa rywalizacja – ile osób czyta twojego bloga. Wszyscy mówią wszystkim o wszystkim. Wiemy o sobie coraz więcej i coraz szybciej i łatwiej zdobywamy informacje.Za wiedzę i wygodę trzeba jednak zapłacić utratą prywatności.
Liz Doup: “Myślicie, że to Internet jest odpowiedzialny za ataki na prywatność, intymność i anonimowość? Jesteście w błędzie. Internet tylko je ułatwił. Atakujemy my sami”.
Przepraszam, to pomyłka
Małgosia Kowalczyk z Łodzi chciała kupić mieszkanie. Szukała oferty w Internecie. Trafiła na ogłoszenie: “Uwaga! Małgorzata Kowalczyk jest złodziejką. Przez trzy miesiące wynajmowała mieszkanie, z którego uciekła, nie płacąc czynszu i rachunków. Jest szatynką, ma ciemne oczy, numer telefonu, jaki podaje to (…). Pamiętajcie! Nie wynajmujcie tej osobie mieszkania!”.
Ogłoszenie znalazła na forum dyskusyjnym kup/wynajmij/sprzedaj. – Tylko numer telefonu się nie zgadzał. I jeszcze to, że nigdy nic nie ukradłam – opowiada Małgosia, szatynka z ciemnymi oczami.
Zadzwoniła pod numer z ogłoszenia. Usłyszała: “Abonent czasowo niedostępny”. Zadzwoniła także pod drugi numer – do Małgorzaty Kowalczyk z ogłoszenia – też bez rezultatu. Dzięki pomocy przyjaciół skontaktowała się z administratorem listy. Ogłoszenie zdjęto prawie natychmiast, jego twórca dostał zakaz korzystania z listy. Potem, przez kilka dni, z bijącym sercem Małgosia przeczesywała Internet w poszukiwaniu kolejnych “ostrzeżeń”. Znalazła ich jeszcze pięć, wszystkie szybko usunęli administratorzy.
Nigdy nie udało jej się porozmawiać z “ostrzegającym”. – Ogłoszenie zaszkodziło mi o tyle, że na tydzień lub dwa zaprzestałam poszukiwania mieszkania. Wstydziłam się przedstawić, bałam się, że ktoś na dźwięk mojego nazwiska powie: “O, Małgorzata Kowalczyk? Ta złodziejka?” – mówi Małgosia.
Także Jakub G. czuje się ofiarą donosu w sieci: – Zamieszczę pani opis, dodam kilka fot i niech mi pani wierzy, za trzy dni dowie się pani, kim pani jest naprawdę od ludzi, którzy pani nie znają, ale upierają się, że jest pani skończoną świnią.
Przyznaje, że forum skomplikowało mu życie: – Matka mojego syna wystąpiła do sądu o ograniczenie praw rodzicielskich. Mam problem z widywaniem dziecka.
Zawiedzione zaufanie
Każdy, kto na własną rękę publikuje informacje o kimś innym w sieci, musi się liczyć, że zostanie pozwany do sądu. – Nawet jeśli oskarżenia są słuszne, nie można ot, tak sobie, publikować imion i nazwisk złoczyńców. Znane są przypadki, że sprawcy zbrodni, przed ogłoszeniem wyroku w swojej sprawie, zaskarżali swoje ofiary lub ich rodziny o naruszenie dóbr osobistych właśnie z powodu ujawnienia ich nazwisk prasie podczas procesu – mówi Jerzy Naumann, adwokat.
Jest jednak wyjątek – kiedy osoba podejrzewana o oszustwo sama wcześniej upublicznia swoje dane w Internecie. – Gdyby panie z forum głos.com udowodniły Jakubowi G., że w nieuczciwych zamiarach działał w przestrzeni publicznej, jaką jest Internet, Jakub G. mógłby mieć kłopoty – uważa Naumann. – Człowiek ma prawo ufać drugiemu. Każdy, kto zostanie przyłapany na oszustwie w Internecie czy poza nim, powinien liczyć się z “klapsem”.
Ci, którzy “ostrzegają” w sieci, mogą się powołać na prawo cywilne. – Nawet jeśli przestępstwo nie zostało potwierdzone prawomocnym wyrokiem, można zawsze powoływać się na działanie w imię wyższego dobra, a więc bardziej cennego niż dobra osobiste oszusta – tłumaczy adwokat. – Bo kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.
W niewoli ekshibicjonizmu
Osoby, które czują się pokrzywdzone wpisem na forum, mają prawo poprosić administratora strony, serwisu czy listy dyskusyjnej o zdjęcie wątków lub ogłoszeń naruszających ich godność. Jeśli administrator odmówi, można zarzucić mu przestępstwo cywilne, tzw. zaniechanie. Obowiązkiem administratorów jest pilnować, żeby w Internecie nie pojawiały się treści naruszające ustawę o ochronie dóbr osobistych i danych osobowych.
O wiele łatwiej jest umieścić “donos”, który dotyczy tzw. osób publicznych. Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka zasady ochrony dobrego imienia takich osób mają charakter znacznie bardziej liberalny niż ochrona osoby prywatnej.
Profesor Wojciech Burszta, antropolog: – Żyjemy w czasach ekshibicjonizmu. Granice tego, co wypada o sobie powiedzieć innym, przesuwają się, zacierają. Konsekwencje są takie, że każdy sam musi decydować o tym, co powie o sobie innym. Nie można zapominać o tym, że Internet dociera tylko do części naszego społeczeństwa. Mieszkańcy wsi nadal nie rozmawiają ze sobą o seksie i nie opowiadają publicznie o swoim intymnym pożyciu. A swoją drogą – granice tego, co wypada powiedzieć nawet w Internecie, na pewno wkrótce będą bardziej stabilne, to tylko kwestia czasu. W końcu zabraknie czytelników intymnych wyznań. Znudzą się po prostu.
Rzeczpospolita
Pierwotnie ukazało się w „Rzeczpospolitej”.